Pełnomorskie hobby

     Idąc na spotkanie z Adamem Łapniewskim, kierownikiem działu transportu w bydgoskim "Megazecu", wyobrażałem sobie, że rozmawiać będziemy w otoczeniu rybackich sieci, beczek po solonych śledziach, pomarańczowych kół ratowniczych i innych pamiątek po morskich podbojach. Tymczasem okazało się, że pan Adam, choć swemu żeglarskiemu hobby oddany jest w pełni, jako profesjonalista potrafi oddzielić życie prywatne od obowiązków zawodowych. Atmosferę ponad tuzina pełnomorskich rejsów odczułem dość szybko, przeglądając żeglarskie mapy, wspaniałe zdjęcia i słuchając barwnych opowieści.

     Swoją wielką przygodę z morzem Adam Łapniewski zaczął w połowie lat 80. O dziwo, choć pochodzi ze Szczecina, realizacja morskiej pasji stała się możliwa dopiero po przenosinach do Bydgoszczy. Uzyskanie patentu żeglarza nie było trudne - pan Adam otrzymał go po ukończeniu kursu w bydgoskim yacht klubie. Po zdobyciu niezbędnej praktyki nad Jeziorem Koronowskim, świeżo upieczony żeglarz szybko rozpoczął poszukiwania możliwości wypłynięcia w "prawdziwy" rejs, czyli w morze. Na okazję nie trzeba było długo czekać - w prasie ogłaszano zapisy na dwutygodniowe turnusy żeglarskie nad Bałtykiem.
     Po załatwieniu formalności, bydgoscy żeglarze zaokrętowali się na jachcie Opal i ruszyli w rejs. Odwiedzili Kołobrzeg, Ustkę, Świnoujście i Gdynię, z daleka podpatrywali także Bornholm. -To były wspaniałe, niezapomniane wakacje - wspomina Adam Łapniewski. 

     Rzeczywiście, to chyba ten udany, pierwszy kontakt z żeglarstwem pełnomorskim stał się największą zachętą do kontynuowania tego sportu. Od tamtego rejsu, Adam Łapniewski rozwijał żagle niemal każdego roku.
     Następny w kolejności rejs względu był to przygoda jedyną w swoim rodzaju. Zupełny przypadek sprawił, że nasz bohater trafił na jacht kapitana Haski, który w tym akurat czasie brał udział w regatach. Start pod Karlskroną, pędem do Władysławowa i powrót na metę w Gdyni. Dzielna załoga zajęła 6 miejsce i był to dobry wynik. Po powrocie z regat do swojej firmy (wówczas elektrociepłowni) pan Adam z satysfakcją pochwalił się przyjaciołom swoim żeglarskim i sportowym wyczynie. Albo opowieści były mocno zaraźliwe, albo skierowane do odpowiednich słuchaczy, bo chętnych do żeglowania nagle przybyło. I w ten sposób, w Elektrociepłowni Bydgoszcz zawiązał się nieformalny, 6 - osobowy Klub Morskich Wilków. 
     Jeszcze w latach 80. członkowie Klubu zaliczyli kilka rejsów, jednak bez zawijania do zagranicznych portów. 
     Nowe możliwości otworzyły przed bydgoskimi żeglarzami dopiero przemiany roku 1989.
     Kiedy okazało się, że "już można", grupa Adama Łapniewskiego rozpoczęła przygotowania do pierwszego zagranicznego rejsu. Nie zastanawiali się długo, bo zdecydowanie największe poparcie uzyskał jeden, prosty pomysł: płyniemy do Londynu!
     Szczęście im dopisywało, bo dość szybko znaleźli możliwość wypożyczenia jachtu. Po zabukowaniu czarteru odpowiedniego do takiego rejsu jachtu - "Daru Szczecina", rozpoczęli intensywne przygotowania do wyprawy. Z jednej strony, należało zdobyć specjalne mapy i brytyjskie wizy, z drugiej pokaźny zapas trwałej żywności. W roku 1991, różnice w cenach między Polską a Europą Zachodnią były przecież kolosalne. Z tamtych czasów Adam Łapniewski dobrze pamięta sposób konserwacji chleba: zamoczenie w spirytusie i szczelne zapakowanie w foliowy worek gwarantowało wielodniowy termin przydatności do spożycia. Ciekawe...
     Do Londynu popłynęło 10 osób. Zacumowali pod Tower Bridge. To, co od razu ich zaskoczyło, to różnice w poziomie Tamizy podczas przypływów i odpływów. Mimo, że z Londynu jest do morza sporo mil, rzeka w sercu brytyjskiej stolicy podnosiła się i opadała na wysokość ok. 5 metrów. Po trzydniowym postoju w Londynie "Dar Szczecina" odpłynął do kraju. Bez pośpiechu. Żeglarze zawinęli m.in. do Ostendy, Dunkierki i Amsterdamu. To były fantastyczne, trwające 3 tygodnie wakacje. Kosztowały... po 3 mln starych zł na osobę.
     Lata 90. to dla bydgoskich żeglarzy przede wszystkim rejsy zagraniczne. Adam Łapniewski odwiedził m.in. Oslo, Kopenhagę, Helsinki, Sztokholm, Bornholm, Kilonię i Dublin.

     Jednak po wielu latach spędzonych na Bałtyku, bydgoskie Wilki Morskie zaczęły odczuwać pewien niedosyt. Szybko ustalili, czego im nad Bałtykiem brakuje: mówiąc obrazowo - "warunków do nocnego żeglowania w majtkach". Bałtyk jest zimny, nawet w sierpniu obowiązują ciepłe kurtki, dresy, rękawiczki i czapki. Zapadła więc decyzja: odwiedzamy Morze Śródziemne!
     Pierwszy kontakt z ciepłym morzem miał miejsce w 2001 roku. Trasa wiodła z Korsyki na Sycylię. "Wrażenia i przyjemności kolosalne" - wspomina Adam Łapniewski. Także rok później wybór padł na Morze Śródziemne. Okazja była znakomita, bowiem załoga Łapniewskiego dostała propozycję przeprowadzenia pełnomorskiego "Daru Świecia", przez jeden z odcinków powrotnego rejsu żaglowca do Polski. Podróż rozpoczęła się w Maladze, zakończyła w Lizbonie. Po drodze postawili nogę w Afryce i zwiedzili Gibraltar. W ten sposób, żeglarze z Bydgoszczy zapisali na swym koncie rejs oceaniczny. Niezapomniane przeżycia, których doświadczyli na morzu, postanowili kontynuować na lądzie. Kupili bilety kolejowe i ruszyli do Bydgoszczy z przystankami m.in. w Paryżu i Berlinie. 
     Teraz, nieoficjalny klub żeglarzy z Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz i Megazecu przymierza się do zdobycia przynajmniej kilku z greckich wysp. Rejs planowany jest na lato 2004 roku. 
     Według Adama Łapniewskiego, dziś żeglarską przygodę rozpocząć jest bardzo łatwo. Przestały obowiązywać rygorystyczne wymogi dotyczące wypływania w morze: wystarczy paszport i sprawna łódka. Choć do swobody, jaka panuje w portach adriatyckich czy śródziemnomorskich sporo nam jeszcze brakuje, to czasy gdy przed rejsem bosman sprawdzał atesty na każdym kapoku, odeszły w przeszłość. 
Czy to drogie hobby? - Trzy tygodniowy rejs z Korsyki do Sycylii (przejazdy, jacht, wyżywienie) - 2300 zł na osobę. Rejs z Malagi do Lizbony wraz z przelotem w jedną i powrotem koleją w drugą stronę - 3000 zł. - Gdzie tam, nawet chyba mniej. Ok. 2500 zł" - poprawia się Adam Łapniewski.
     Gdzie kryje się sekret wielkiej atrakcyjności żeglarstwa? -Ludzie myślą, że kiedy płyniesz, w kółko oglądasz tę samą wodę. Nieprawda! Każdy ranek jest inny, każdy wieczór jest inny ! Każdy port jest inny a tam setki wspaniałych ludzi - z przekonaniem zapewnia mnie Adam Łapniewski. Po obejrzeniu kilku tomów fantastycznych zdjęć i wysłuchaniu opowieści, zapewniam, że jestem przekonany.

Ziemowit Fałat
zdj. z arch. A. Łapniewskiego